Białe bałwany na rzece Świder

blank

Jaz na rzece Świder – Tarachowizna

Na ten rok mieliśmy sporo planów wyjazdowych, dalszych i bliższych. Niestety, pandemia wirusa COVID-19 znacznie pokrzyżowała nasze wiosenne zamierzenia (co do tych na lato i jesień – jeszcze mamy nadzieję na ich realizację). W ramach tego „co można” postanowiliśmy robić wypady w różne miejsca Mazowsza, tak, by uniknąć potrzeby nocowania gdzieś, a jednocześnie maksymalnie długo być w danym miejscu. Zaczęliśmy od wyjazdów do miejsc, gdzie kiedyś często przebywaliśmy razem z Mężem zanim na świecie pojawiły się nasze dzieci. Tereny te odkrywałam w dzieciństwie z moimi Rodzicami oraz później sama – jako nastolatka. Są to więc dla mnie miejsca, które darzę ogromnym sentymentem, gdzie dobrze się czuję. Wycieczki „z powrotem” wniosły do mojej duszy pewnego rodzaju oczyszczenie, masę pozytywnych wspomnień, ciepło i wiarę w to, że coś co robimy pozostaje w nas na zawsze. Że do wspomnień i korzeni warto wracać. Że trzeba mieć solidne podstawy z dzieciństwa i wczesnej młodości, aby w dorosłym życiu coś wartościowego budować.

Ja miałam (i nadal mam) to szczęście, że mój Tata ma żyłkę podróżnika. Uwielbia wodzić palcem po papierowej mapie, planować trasę, a potem ruszać z plecakiem i rowerem w teren. To od niego oraz od ludzi, do których mnie posłał „na naukę” brałam z życia to, co cenne: wiedzę o przyrodzie, geografii, pogodzie, radzeniu sobie w terenie. Każda mikro wyprawa była przygotowaniem do większych i dużych eskapad. 

Do tej pory jestem zdania, że najpierw warto poznać swoje najbliższe otoczenie przyrodniczo-geograficzne. Nauczyć się go. Poznać zależności. A potem ruszyć, zataczając coraz szersze kręgi. Wiem, że to samo chcę przekazać dzieciom. Żeby poznały i doceniły najpierw to, co mają na miejscu. Aby zawsze ochoczo wracały do domu i w tutejsze okolice. Aby dobrze się tu czuły. Aby to była dla nich baza. Punkt wyjścia. Azyl. Żeby zawsze wiedziały, że tu będą bezpieczne, cokolwiek i gdziekolwiek się wydarzy. 

Świat jest porywająco ciekawy.

Mieszkam od dzieciństwa na terenie Mazowieckiego Parku Krajobrazowego oraz w jego otulinie, dawniej w Otwocku-Wólce Mlądzkiej, a obecnie w Józefowie. Teren ten ma wiele do zaoferowania jeśli chodzi o rekreację, ponieważ obfituje w niekończące się obszary leśne i świeże powietrze, w które zaopatruje również stolicę. To teren licznych perełek drewnianej architektury. Stopniowo będę Wam więc przybliżać te tereny, mając nadzieję, że i Wy tu kiedyś zagościcie i docenicie skromny a niezwykły urok tego obszaru.

Pewnej kwietniowej niedzieli wybraliśmy się do Tarachowizny. Tereny te leżą w otulinie Mazowieckiego Parku Krajobrazowego. Jest to integralna część wsi o nazwie Siwianka (woj. mazowieckie, powiat otwocki, gmina Kołbiel; ok. 50 km na południowy wschód od Warszawy), położonej w dolinie rzeki Świder. Tarachowizna to nazwa niewielkiej osady, która nad brzegiem tejże rzeki istniała od około 1780 roku, ale pierwsze zapiski o Siwiance pochodzą już z początku XIV wieku. Nad rzeką Świder w Tarachowiźnie znajduje się jaz oraz pozostałość młyna wodnego z XIXw. Obok młyna przez wiele lat funkcjonowała hodowla pstrąga, na potrzeby której przygotowano odpowiednią infrastrukturę.  

Nad jaz można zajechać od dwóch stron. My wybraliśmy drogę od strony Glinianki i Bolesławowa (druga droga prowadzi od wsi Kruszówiec). Dojechaliśmy autem jak najdalej się dało i zostawiliśmy je w bezpiecznym, pięknym polu na skraju lasu. Okolica spokojna, sielskie widoki. Kilka domków na krzyż. Basia umościła się w nosidle, a Staś miał jechać rowerkiem biegowym, ale ostatecznie zrezygnował z pomysłu. Po ubraniu w kask rowerowy i przejechaniu kilku metrów, nagle zawrócił i zarządał otworzenia bagażnika w aucie celem schowania tam roweru. Powędrowaliśmy więc na nogach. Trasa do rzeki z „parkingu” była krótka, może niecały kilometr drogi. Wąska droga, liczne wyboje, kałuże i płynący miejscami tejże ścieżki strumyk. Teren lekko podmokły, liczne wierzby – ogromne drzewa, szerokie i rozłożyste, wskazywały nam drogę. Zbliżając się do celu, naszym oczom zaczęły się ujawniać pozostałości infrastruktury służącej do hodowli pstrągów, nieco zaś dalej – drewniany mostek na rzece Świder, a pod nim jaz. Spadek wody nie jest w tym miejscu duży, około jednego metra wysokości. Jaz w obecnych czasach ma jedną, stałą wysokość. Jeśli ktoś udaje się na spływ kajakowy rzeką, musi go ominąć. Kajakarze wydeptali kilka ścieżek, gdzie bezpiecznie (choć może niezbyt komfortowo) należy przenieść kajaki i ekwipunek (tak, tak, sprawdziliśmy to przecież płynąc jakiś czas temu kajakiem po Świdrze).

blank

Można pokręcić się tu i ówdzie, poskakać po kamieniach w dole rzeki, za jazem, gdzie rozlewa ona swoje wody, wypłyca się i zwalnia bieg. Tam też znajdziemy miejsce na poplażowanie. Nie jest tego miejsca wiele, ale i ruch zawsze znikomy, także plażę uznaję za zupełnie komfortową. Można obejrzeć i posłuchać, jak woda szumi i spada tocząc białą (hmmm… no daleko temu do czystej bieli, ale niech będzie, że białą) pianę. Można, w granicach rozsądku oraz zachowując czujność, przejść się po pozostałościach infrastruktury młyńsko-pstrągowej. Ta nie zachwyca ani czystością (niestety, najwidoczniej jest to miejsce spotkań imprezujących osób, które nie zabierają ze sobą pozostałości po tym, co tam przynieśli), ani też okazałością. Bardziej na zasadzie domyślania się i pracy wyobraźni, można zobrazować sobie, do czego te budynki kiedyś służyły. 

Spadająca woda zrobiła na Stasiu bardzo duże wrażenie. Trochę się bał szumu i odgłosów, które dochodziły spod mostu. Kiedy zeszliśmy ścieżką na dół i mieliśmy te białe bałwany praktycznie na wyciągnięcie ręki, nie mógł oderwać od nich wzroku i wcale nie chciał stamtąd odchodzić.

Po lewej stronie rzeki Świder, wzdłuż jej biegu, ciągnie się piaszczysta ubita droga wśród lasu i ogródków działkowych, doskonała na spacer i jazdę rowerem. 

Wróciliśmy tą samą drogą do auta. Przeszliśmy się jeszcze kawałek drogą wśród pól oraz kilku domów jednorodzinnych, by zaznać spokoju, jaki na codzień towarzyszy mieszkańcom tego miejsca, którzy z okien oglądać mogą kicające na łące zające, dumnie kroczące bociany albo  pasące się kozy.

Urocze miejsce, cicha okolica. Sielsko i anielsko. Choć niestety, daję mały minus za czystość w zabudowaniach koło mostku i jazu.

Zdjęcia były robione przeze mnie podczas dwóch wycieczek do Tarachowizny – pierwsza to wyjazd z Rodziną, kiedy przyroda dopiero zaczynała się zielenić, a druga – półtora tygodnia później, gdy zabrałam rower i lustrzankę, by sama delektować się ciszą i spokojem miejsca. Wtedy było już bardziej zielono.

Jeśli chcecie rozszerzyć nieco tę wycieczkę, to polecamy udać się w dwa miejsca, położone blisko od jazu:

  1. Rancho nad Świdrem (400m od jazu, 5 min pieszo) -> najlepsza na świecie przygoda dla dzieci ->kozy, kałuże i masa miejsca do biegania. KLIK KLIK
  2. Lawendowa Siwianka (700m od rancho, 3 min autem) -> piękne pole lawendy, gdzie rozpłyniesz się od niebiańskiego zapachu –> KLIK KLIK (przewiń nieco niżej we wpisie, bo dopiero tam znajdziesz opis, zdjęcia i filmik z Lawendowej Siwianki, wcześniej opis Lavendel Natur Haus koło Chełma).

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.