Kiedy tak naprawdę nie lubisz bawić się z dzieckiem…

Jeśli nie lubisz się bawić ze swoim dzieckiem, nie jesteś sama. Jest nas najmniej dwie. Zrób herbatkę i rozgość się na chwilę. Pomoże.

blank

Przeczytałam kiedyś w pewnej popularnonaukowej książce (tytułu już nie pamiętam), że ludzie dzielą się na tych, co lubią bawić się z dzieckiem / dziećmi oraz na tych, co tylko mówią, że lubią się bawić ze swoimi dziećmi. Jak to? Jak można nie lubić się bawić z dzieckiem? Tym bardziej ze swoim?! Przecież to takie inspirujące i odświeżające!

I oto nadszedł ten dzień… a może bardziej – okres… w którym utwierdziłam się w przekonaniu, że jestem z tej drugiej grupy… a właściwie to będę twórcą trzeciej kategorii: takich, co otwarcie mówią, że zabaw z dziećmi nie cierpią. Nie i basta!

Kiedyś w to nie wierzyłam…

Wydawało mi się to niemożliwe. Tak jak większość rzeczy związanych z macierzyństwem jest dla mnie rozczarowaniem (kreowane przez media uśmiechnięte bobo, w pampersie zapachy cud-miód, a katar i gorączka znikają jak ręką odjął tuż po podaniu cudownego medykamentu), tak również i aspekt zabawy przyniósł mi wielkie rozczarowanie. 

Ile bowiem można siedzieć na tym dywanie w ulice, jeżdżąc po nim wyścigówkami, ratując koty wozem strażackim, czy łowiąc rybki ze stawu? Wymiana kół i przegląd autka? Tak, otwarte 24h/dobę. Misiowi urwało się ucho? Mama przyszyje. Znów się urwało? Do szpitala na sygnale z nim, jedziemy! Puzzle ułożone przez starszaka = puzzle rozwalone przez malucha = ryk w mig. Pociąg zbudowany przez jedno dziecko = nagły wybuch bomby z ośrodka strzeleckiego drugiego dziecka = wycie i bicie. 

Kiedy po raz setny tego dnia układasz klocki, temperujesz kredki, ścierasz z podłogi wodę wylaną podczas malowania farbami, a w tak zwanym międzyczasie mieszasz jeszcze zupę i próbujesz dodzwonić się do urzędu, naprawdę można zacząć nienawidzić zabawy z dziećmi. Nie wspomnę już o bolesnym AUĆ, kiedy potykasz się o stos zabawek zagradzających wejście do łazienki, będącej azylem przed wrogiem (wrogiem jest, rzecz jasna, młodsza siostra). A czy jest ktoś, kto lubi te cudowne dźwięki wydawane przez plastikowe zabawki? Przy nich nawet disco-polo wydaje się być klasyką…

NO ILE MOŻNA?

Szczerze, dogłębnie i niezaprzeczalnie – po prostu któregoś pięknego listopadowego dnia przyznałam się przed sobą na głos: nie lubię bawić się ze swoimi dziećmi. Nie cieszy mnie to. Nie potrzebuję tego tandetnego, grającego plastiku, który z góry narzuca tok zabawy. Nie interesują mnie godziny spędzane na budowaniu wieży z klocków, która w jednej sekundzie się zawali. Nie lubię tego. Minęły ponad trzy lata odkąd zostałam mamą i nie przyzwyczaiłam się do tego. Tak, owszem, bawię się ze swoimi dziećmi, ale nie lubię tego.

Jeśli do tej pory bałaś się przyznać przed sobą albo przed kimś, że masz tak samo, to teraz jest do tego dobra pora. Nie zmuszaj się do niczego. Bądź ze sobą szczera.

Ja już to wiem.

Odpuściłam. Kiedy już moje dzienne pokłady czasu i sił przeznaczonego na zabawę „na dywanie” się kończą, a dzieci zdecydowanie nie chcą bawić się razem, albo „leją się” tak, że aż boli patrzeć, włączam muzykę i razem tańczymy. Albo przynajmniej słuchamy. Czasem włączam „Psi patrol” i na dwa odcinki siadam z ulubioną książką. Żeby napełnić się czymś innym niż zabawa z dziećmi. Aby oderwać myśli od macierzyństwa i skierować je w stronę, z której upatruję czerpać siły. Po trzech latach codziennej tyrady z dziećmi oraz także nieużywania telewizora, nareszcie zrozumiałam, że to nie grzech się poddać i włączyć te cholerne bajki – ku uciesze najmłodszych i chwili odpoczynku dla siebie. Ratuje mnie także – głównie i niezmiennie od początku – czytanie książek dzieciom. Mamy tyle książek, że półek aż mało. Uwielbiamy opowieści, opowiadania, rozkładówki, rymowanki. Każdy kształt i format oraz grubość. HEH! Książka jest u nas czytana o każdej porze dnia 🙂 To jest zdecydowanie to, co z dziećmi lubię robić „na dywanie” najbardziej.

Szczęściem, uwielbiamy także razem wychodzić na dwór i codziennie w południe ruszamy eksplorować na kilka godzin leśny i nadrzeczny świat. To nas jednoczy. Las, woda, wiatr i spokój, jaki wlewa w nas natura. „Na dywanie” każdy z nas oszalałby. A ja byłabym pierwsza… Inaczej nie dałabym rady. Kolejny raz natura pomaga ukoić moje skołatane nerwy. 

Co oprócz tego?

W uspokojeniu moich zapędów krzykaczki na rozbawione/rozwścieczone dzieci znacznie pomogła mi lektura książki „Jak nie krzyczeć na swoje dziecko. Wychowanie bez złych emocji” (Clara Naumburg, Wydawnictwo Muza SA, 2020). Tu na blogu znajdziecie zajawkę o tej książce. Dziewczyny, jak „złote” byście nie były, z pewnością choć raz wrzasnęłyście na swoje dziecko, a potem miałyście to sobie za złe przez długi czas (tym dłuższy, im rzadziej się wściekłyście). Ta książka pomoże Wam zacząć myśleć i funkcjonować inaczej… Bezpieczniej dla siebie i dla dzieci. Przeczytajcie, wyluzujcie i poczujcie się mniej obarczone odpowiedzialnością za wszystkie winy tego świata 🙂

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.